„Schwarzcharakterki” Martyny Wawrzyniak w reż. Julii Mark zagrane przez Hankę Chojnacką-Gościniak i Katarzynę Anzorge zrobiły nam wczoraj wieczór odczarowujący feminizm.
Czy było o gniewie kobiet? Tak. Czy krzykliwie, jak na wiecach i sejmach? Było szeptem o sobie. Bez ataku, za to z ludzkim prawem do obrony. O feminizmie wyrastającym z humanizmu, o kobiecej (czy tylko?) wrażliwości, w codziennych sytuacjach, w których każdy/a z nas mógł/a odnaleźć swój mikrogniew i wzrastającą hipergorycz. O doświadczeniach kobiet, które być może zrozumieć zdoła tylko druga kobieta. I choć śmiech na sali wywoływały kolejne napady kompulsywnej empatii bohaterek: do dostawcy paczek, do staruszki w windzie, kolegi w klubie nocnym to z każdą sceną było nam bliżej do tych – przecież ranionych – kobiet.
Odpowiedzią na ból i gniew nie był kolejny strajk, wyjście na ulicę, a odwaga każdej ze „świętych Rit” codzienności, przypominanych w litanii superbohaterek.
Heroski podwórek i imieninowych imprez, które potrafiły zaznaczyć granice. W tej jednej najważniejszej chwili wypowiedzieć uwalniającą sylabę: „stop”, „dość”, „nie”, „tańcz”. Bo o tych chwilach wewnętrznego bohaterstwa – tak doskonale i przekonywująco zagranych w Suwałkach – opowiedzieć można tylko w bliskości, jak siostra z siostrą. Czasem w płaczu, którego nie wzbudził wcześniej żaden strajk czy hashtag #metoo.
Na 1,5-godzinnym spektaklu i na niekończącej się dyskusji później, w Domu Festiwalowym, doświadczyliśmy feminizmu bliskości. Młodsze i starsze kobiety, a nawet chłopaki i panowie, bez względu na lewe czy prawe poglądy. Dla takich poruszeń, doświadczeń i przemian myślenia robimy Suwalskie Teatr-Akcje.
Zdjęcia: Ryba Ski








