Zrywamy się do lotu, przytłaczają nas problemy, znowu się zrywamy, spotykamy pięknych ludzi, niektórzy zatrzymują się w naszym życiu na dłużej, inni jakby tylko mignęli. Oni odchodzą i my odchodzimy. Tak w skrócie można by opisać spektakl „Powroty” w reżyserii Pawła Urbanowicza, nawiązujący do hasła i myśli przewodniej tegorocznego festiwalu.
Wszyscy wracamy
W niedzielny wieczór można powiedzieć, że kino „Bałtyk” znów pękało w szwach. Przyszło bardzo wielu suwalczan, mimo porywistego wiatru i siekącego deszczu. Pogoda była ekstremalna, ale i chęć zobaczenia spektaklu chyba równie. Niektórzy chcieli wrócić do kina, które pamiętali sprzed kilkudziesięciu lat, inni wrócili na swój ulubiony festiwal. Byli i młodzi, którzy ani kina, ani Teatr-Akcji nie pamiętają, ale zaczynają lubić sztukę i czują, że trzeba uczestniczyć w takich wyjątkowych wydarzeniach.
To, co pokazali tancerze pod wodzą Pawła Urbanowicza zasługuje na wielkie brawa. Z metaforycznej opowieści o ludzkim życiu każdy na pewno zapamięta coś innego. Mi utkwiło w głowie wrażenie, że w swoim życiu spotykamy wielu ludzi, którzy pojawiają się w różnych konfiguracjach. Kogoś się znało, innych zapomniało, jakaś grupa z przeszłości znowu się pojawia. I przeglądamy się w oczach każdej napotkanej osoby jak w lustrze. Bywa, że zamierzamy spalić wspomnienia, jak w scenie z maszynopisem palonym w wiadrze, ale postaci, a raczej ich cienie nie dają się spalić.
Niektórzy zatrzymali w sobie nasz obraz z młodości. Nam zapadły w pamięć zdarzenia, które jakaś osoba próbuje przywołać, ale ich nie pamięta. Zderzamy się ze wspomnieniami każdego dnia, a już na pewno tego dnia, kiedy wracamy do domu. I o tym jest ten spektakl. Wielu twórców i aktorów Teatr-Akcji wróciło na tegoroczną edycję, więc spodziewajmy się, że motyw utraconej przeszłości i tego, ile z niej zapamiętaliśmy, pojawi się na festiwalu jeszcze nie raz.
Spektakl jest podróżą w czasie. Są w nim walki niemal na śmierć i życie, są chwile euforii, kiedy latamy, są ciężary, kiedy dźwigamy drugą osobę, może to być choroba, problem, który wgniata w ziemię, czy cokolwiek, co nie pozwala oderwać się i polecieć w niebo. Zrywamy się, podnosimy z coraz większym trudem, próbujemy jeszcze raz polecieć , mimo że coraz mocniej coś trzyma nas przy ziemi.
Miała rację ekipa tancerzy wybierając formę spektaklu. Taniec jest chyba najlepszym środkiem wyrazu metafory, że każdy chciałby latać, ale nikt nie ucieknie prawu grawitacji.
Jest w spektaklu dla mnie najmocniejsza scena, kiedy tancerze podnoszą krzesła, jakby nie mogąc sami pofrunąć, wysyłają jeszcze w górę przedłużenie ręki. Są wśród swoich, ze swoją klasą. Być może to klasa z suwalskiej podstawówki, czy szkoły średniej, z której wyszli w świat. Jeszcze wszyscy synchronizują ruchy i razem tworzą wyjątkowy układ taneczny. Pięknie się kołyszą na krzesłach, dbając o perfekcję każdego ruchu. W pewnym momencie układ zaczyna się sypać. Każdy zalicza niebezpieczny upadek z krzesła, ale każdy też wraca. Znowu są razem, jak wtedy młodzi, zdolni do wszystkiego. Dzięki temu, nawet scena kiedy „rozmawiają” ze sobą już tylko puste krzesła, nie jest tak dramatyczna. Bo znowu są razem. Pokolenie – każdy z nas je ma.
Spektakl też był wspólnym przedsięwzięciem. Choreografię przygotowali i wykonali wspólnie: Zuzanna Birkos, Gabriela Chojecka, Michał Konopka, Julita Kosowska, Maja Matwiejczuk, Paweł Urbanowicz, Mateuszz Wierzbicki, Zofia Wojtkowska. Wyreżyserował jeden z nich: Paweł Urbanowicz.
Agnieszka Szyszko









