Od sprzedawania kurczaków na bazarze, przez porwanie miejskiego autobusu, aż po zapraszanie do Suwałk największych gwiazd teatru. Z Mirosławą Krymską, współtwórczynią i „sercem” Teatr-Akcji oraz instruktorką Teatru Form Czarno-Białych „Plama” rozmawia Agnieszka Szyszko.
Agnieszka Szyszko: Jak powstały Teatr-Akcje?
Mirosława Krymska: To było kiedy chcieliśmy zrobić 10. jubileusz „Plamy” (Teatr Form Czarno-Białych „Plama” – przyp. red.). Mieliśmy przygotowany spektakl na tę okoliczność, ale pomyśleliśmy, żeby wyjść w miasto i żeby o nas usłyszano więcej. Stąd narodziła się idea, żeby zrobić jakieś akcje plenerowe w różnych miejscach i zaanektować takie nieoczywiste miejsca na działania teatralne i parateatralne.
Rozmawialiśmy o tym w „silnej grupie pod wezwaniem”, którą tworzyli: Agata Włodarczyk (teraz Włodarczyk-Bucharowska), Krzysztof Dziemian, Krzysztof Rudowicz i ja. Nazwę wymyślił Krzysiek Rudowicz. A ideę i rozwiązania jak to będzie, opracowaliśmy razem. Idea powstawała już też podczas naszego wyjazdu z „Plamą” na wyspę Olchon na Bajkale. Wróciliśmy z Syberii i niedługo później zrobiliśmy zerowe Teatr-Akcje.
Znaliście się wszyscy z „Plamy”?
Tak, ja i chłopaki byliśmy w „Plamie” od początku, od 1994 roku, Agata dołączyła w drugim roku.
Jak was wtedy obserwowałam, to miałam wrażenie, że wraz z Teatr-Akcjami Wasza dotychczasowa relacja instruktor-uczeń wyrównała się i twoi uczniowie stali się wtedy partnerami w działaniach teatralnych? I że potem już tak zostało.
Tak. Dlatego też, że mogli już dzielić się swoją wiedzą, doświadczeniami, bo zaczęli studiować, wyszli poza Suwałki, zobaczyli coś więcej, zobaczyli, co możemy zrobić jeszcze inaczej. Tak narodziły się trzy akcje, które nazwaliśmy: „Bazar”, gdzie dzisiaj nomen omen jest SOK (Suwalski Ośrodek Kultury – przyp. red.), „Szachy” pod zegarem milenijnym i „Ognie na wyspie”, bo już działaliśmy z tańcem z ogniem.
Czy musieliście kogoś przekonywać, że chcecie pojawić się na bazarze, czy była to akcja spontaniczna?
Uprzedziliśmy tylko Jaśka Życzkowskiego, który w budynku dawnej ujeżdżalni prowadził bazarowy radiowęzeł i on, zresztą doskonale, włączył się w nasze akcje swoimi komunikatami.
Był to rok 2005. Pomysłodawcami wszystkich akcji były te cztery osoby?
Przede wszystkim, ale już wtedy pojawiło się wokół nas wiele zaangażowanych osób. W tych trzech akcjach plenerowych wzięło udział około 100 osób. Dołączyli ci, którzy kiedyś byli w „Plamie” i wyjechali na studia, ale i młodsi z Mikrusa i innych zespołów, no i „przyjaciele Królika” ze Stowarzyszenia Aktywności Społeczno-Artystycznej „Nie Po Drodze”.
Nazwaliśmy to potem „zerowymi Teatr-Akcjami”, bo okazało się, że zrobiło się trochę szumu w mieście, że pojawił się teatr.
Wcześniej nie było takich akcji, chyba że przy Wigraszku, ale wtedy mieszkańcy wiedzieli, że trwa festiwal teatralny, że jest jakaś parada, a tutaj pojawiliśmy się w zupełnie nieoczekiwanych miejscach, nieoczekiwanym czasie, nie było to wcześniej rozpropagowane. A nam o to właśnie chodziło, o efekt zaskoczenia, wtopienia się w tkankę miasta z jakimiś działaniami. Dlatego też nazywaliśmy to akcjami, bo to były akcje często spontaniczne, zakładające dużą dozę improwizacji.
Ciekawe w tym było też to, że każdy kto miał pomysł na jakąś miniakcyjkę albo pomysł na siebie w jakiejś roli, mógł ten pomysł zrealizować.
I te pomysły nie musiały łączyć się w fabułę. Ale zarazem było to też odważne, bo młodzi ludzie musieli wchodzić w interakcję z przypadkowymi widzami, a właściwie przechodniami, mieszkańcami.
Pamiętam jak spisywałam komentarze na bazarze, usłyszałam, że „oni tylko coś udają, bo naprawdę handlują papierosami”… Jak je odbieraliście?
To było ciekawe doświadczenie. Niektórzy odgadli konwencję, że to jest wygłup, żart, ale niektórzy traktowali to bardzo dosłownie.
Zabawne było na przykład kiedy Tobiasz, który był supermenem chciał kupić majtki odpowiednie do kostiumu i handlarze rozkładali ręce: to jakie majtki pan w końcu chce? Z kolei Marcyś handlował kurczakami w pioktaninie, a wtedy była ptasia grypa. Zachwalał: Superkurczaki, latające kurczaki i kręcił kurczakami, a jedna z pań komentowała z oburzeniem: „Tak, świeże kurczaki, fioletowe już są. Tylko ludziom oczy zamydlić chcą…”
Nieoczekiwany obrót przyjęła też akcja w alejce, w której panie handlowały złotem z walizeczek.
Kasiak (Katarzyna Kowalewska) cała w piórach stanęła na końcu rzędu z taką samą walizeczką, a w niej pióra, strzykawki, słowem – ptasia grypa na sprzedaż. Stanęłam obok nich z kamerą. Panie wiedziały, że coś jest na rzeczy i zaczęły mówić między sobą, że chyba trzeba zadzwonić po policję, bo pojawiła się jakaś szajka. Zrobiło się nieprzyjemnie, ja się przedstawiłam, wytłumaczyłam, że mamy taką akcję, ale one dalej były nieufne, dlaczego ktoś kameruje. I swoje walizeczki pozamykały.
Narobiliście szumu…
Tak i wtedy postanowiliśmy, że za rok wznawiamy festiwal. Przygotowaliśmy się już jednak solidniej, bo zadbaliśmy też o fundusze, zerowe Teatr-Akcje robiliśmy zupełnie bez pieniędzy. Natomiast przed pierwszymi Teatr-Akcjami poszliśmy z Rudym (Krzysztof Rudowicz) do Mariusza Klimczyka, wówczas zastępcy prezydenta miasta, prosić o wsparcie festiwalu przez suwalski samorząd.
Przedstawialiśmy się jako organizatorzy festiwalu, czyli Teatr-Form Czarno-Białych „Plama” z ramienia MDK-u (Młodzieżowy Dom Kultury – przyp. red.) i Stowarzyszenie Aktywności Społeczno-Artystycznej „Nie Po Drodze”. Otrzymaliśmy wtedy pierwszą dotację z miasta w wysokości 1000 zł i dzięki temu mogliśmy zaprosić teatr, z którym chcieliśmy wspólnie zrobić pierwszą tzw. produkcję.
I tak zostało do dzisiaj, czyli zapraszamy teatr zaprzyjaźniony lub bliski ideowo, którego pracę znamy i wspólnie budujemy widowisko. To zawsze jest też wymiana energii, bo uczymy się od siebie form teatralnych, ale i myślenia o teatrze.
Na pierwsze Teatr-Akcje zaprosiliśmy Teatr Kreatury z Gorzowa Wielkopolskiego. To była też pierwsza akcja zaanektowania na działania teatralne Kaczego Dołku, bo tam się za wiele nie działo wtedy, miejsce było trochę zaniedbane.
Ale dzięki temu, że chcieliśmy wyjść do mieszkańców, udało się ich w to włączyć. Na tapet wzięliśmy „Romea i Julię”. Spektakl przygotowaliśmy w ciągu 10 dni, zamknięci w wynajętym domu w Starym Folwarku. Potem przyszliśmy na Kaczy Dołek i chcieliśmy włączyć aktywnie w to działanie mieszkańców bloków. Chodziliśmy od mieszkania do mieszkania, szukając balkonu dla Julii. Przygotowaliśmy także razem z dziećmi wojnę rodów Capuletich i Montecchich. Inscenizacja była prosta i umowna, z jakimiś patykami. Ale też chcieliśmy, żeby Romeo przyjechał i szukał Julii na motorze.
Kiedy powiedzieliśmy mieszkańcom, że będzie taka akcja, że będziemy przedstawiać „Romea i Julię”, to od dzieciaków po dorosłych wszyscy się zaangażowali, przychodzili na próby.
Jak wołaliśmy: „Capuleti”, to dzieciaki same wymyślały: „na kotlety!” Albo: „Montecchi – do rzeki!” To co wyszło z ich zabawy, włączyliśmy potem oczywiście do widowiska.
Starsi mieszkańcy też wyszli z inicjatywą, bo ktoś pożyczył motor dla Romea, żeby mógł jeździć między blokami i szukać Julii. Zrobiła się więc akcja społeczna. Wtedy zobaczyliśmy, jak wielki jest to potencjał, jak można zaangażować ludzi wokół jakiejś idei. A później na Kaczym Dołku przez wiele lat odbywały się pikniki rodzinne, rezydencje artystyczne i inne wydarzenia.
Z produkcjami wiążą się różne anegdotyczne wspomnienia. Na drugie Teatr-Akcje zaprosiliśmy Teatr Terminus A Quo z „Radżasem”. To był kontrowersyjny spektakl, pod fontanną w pobliżu MDK-u. W wannie naga aktorka, karp i polewanie się spirytusem. Krótko mówiąc spektakl był realizowany silnymi środkami.
I w gazecie ukazał się potem artykuł, na drugiej stronie, tuż po kronice kryminalnej z takim nagłówkiem: „Wykąpali się w miejskiej fontannie, rytualnie zabili karpia i polali wszystko spirytusem. Zaczęły się drugie Suwalskie Teatr-Akcje.”
Były też akcje prowokacyjne, bo już na trzeci festiwal zaprosiliśmy Waldemara „Majora” Fydrycha z Pomarańczowej Alternatywy.
Wtedy miało miejsce porwanie autobusu linii „14” do Swiss Baru na kręcenie filmu. A że w tym czasie, naprawdę na Suwalszczyźnie kręcony był „Miś 2”, ludzie myśleli, że biorą udział w tym właśnie filmie.
Udało nam się też zaprosić na festiwal ze swoimi spektaklami teatry legendy: Teatr Ósmego Dnia, Biuro Podróży. Było to możliwe dzięki dotacjom Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które otrzymywaliśmy kilkukrotnie.

I wtedy też rosła wokół was grupa przyjaciół, wolontariuszy.
Tak, coraz więcej było osób także do koordynowania różnych działań. Do ekipy twórców kolejnych edycji Teatr-Akcji dołączyła Kamila Brodowska (obecnie Jurewicz), Marta Grzymkowska (obecnie Grzymkowska-Ciechańska) i inne osoby. W dziesiątej koordynację przejęła młoda ekipa. Koordynatorem został Paweł Urbanowicz, dołączyli Franciszek Szumiński, Pamela Loeończyk. Wtedy jeszcze byli studentami akademii teatralnych w Krakowie i w Warszawie. Oni z kolei zaprosili swoich kolegów i koleżanki.
Czy musieliście robić nabory na wolontariuszy?
Nie, ale choć wolontariuszy rzeczywiście nigdy nie brakowało, chętnie przyjmujemy nowe osoby. W tym roku również zgłosiły się zarówno osoby, które były z nami dawniej, jak i nowe, które wcześniej nie słyszały o Teatr-Akcjach, ale coś je tu przyciągnęło. O Teatr-Akcjach w trzecim ogólniaku opowiadali też w tym roku Paweł Urbanowicz z Kają Chmielewską. I po ich wizycie zapisało się kilkanaście osób, bo wydało im się to na tyle atrakcyjne, że dołączyli.
Z wolontariuszami wiąże się też moje kolejne pytanie. Czy znasz inny festiwal teatralny w Polsce, który byłby w takim stopniu robiony siłami wolontariuszy jak Teatr-Akcje?
Na taką skalę nie. Rzeczywiście, czy są pieniądze, czy ich nie ma, my robimy festiwal. Niektórzy, nie mając zabezpieczenia finansowego w ogóle nie zabierają się za takie wydarzenia. My postanowiliśmy o tegorocznej edycji dużo wcześniej nim złożyliśmy wnioski i i nawet gdy okazało się, że nie otrzymaliśmy dotacji z Ministerstwa Kultury, zdecydowaliśmy, że i tak zrobimy Teatr-Akcje.
Dostaliśmy dotację z Miasta Suwałki, choć oczywiście ona nie wystarczy na pokrycie całości kosztów. I choć może tegoroczny festiwal nie będzie w takim zakresie, jak założyliśmy sobie na początku, ale się uda, bo opiera się na energii ludzkiej. Nawet mimo, że nie wszyscy mają etatową pracę, w festiwal angażują się na 100 procent.
Od dziesięciu miesięcy spotykamy się co najmniej raz w tygodniu online, rozmawiamy po półtorej godziny, dwie. Omawiamy koncepcje, ale rozmawiamy też o formalnościach i szczegółach technicznych. Jesteśmy też podzieleni na grupy robocze, które zajmują się poszczególnymi sferami. Musi się udać.

Czy masz poczucie, że to że młodzi ludzie zetknęli się w Suwałkach z festiwalem teatralnym, z twoją pracą jako instruktora, pokierowało ich życiem, miało wpływ na to, że dzisiaj grają na scenach, np. Starego Teatru w Krakowie?
Pewnie trochę tak. Na etatach w Starym Teatrze są Kaja Chmielewska i Ola Nowosadko. Razem z Danielem Namiotko grali tam we trójkę w „Biesach” Dostojewskiego w reżyserii Pawła Miśkiewicza. W tamtym roku pojechaliśmy całą ekipą, 30 osób, obejrzeć ten spektakl.
Franek Szumiński reżyseruje i pracuje jako wykładowca w łódzkiej Filmówce. Oczywiście, byliśmy na spektaklu „Zamek” w jego reżyserii w Teatrze Dramatycznym. Daniel Namiotko miał debiut sceniczny w „Burzy” w Teatrze Narodowym w Warszawie. A teraz, oprócz występów w teatrze, z sukcesami gra w filmach i jest nagradzany za te kreacje. Paweł Urbanowicz jest aktorem-tancerzem, choreografem, reżyserem i pedagogiem. Ukończył Wydział Teatru Tańca w Bytomiu i Państwową Wyższą Szkołę Teatralną im. L. Solskiego w Krakowie.
Pamela Leończyk w tandemie, gdzie muzykę tworzy Magda Sowul, współpracują z Teatrem Powszechnym w Warszawie i Teatrem im. A. Mickiewicza w Częstochowie i też są, że tak powiem, na topie.
Tak więc rzeczywiście kilka osób związało się na stałe i z sukcesami z teatrem. Przypomina mi się tutaj takie zdarzenie, że kiedy sześć lat temu brałam udział w przygotowaniu programu „Lato w teatrze” w Instytucie Teatralnym, usłyszałam:
Suwałki? Co wy tam robicie? Gdziekolwiek prowadzone są działania związane z pedagogiką w teatrze, czy latem w teatrze tam zawsze pojawia się ktoś z Suwałk.
Bo to nie może być szczęśliwy zbieg okoliczności, że przypadkiem w jednym mieście, gdzie nie ma stacjonarnego teatru, pojawia się tyle talentów.
No tak, w tym samym czasie na Akademii Teatralnej w Krakowie studiowało pięć osób: Paweł, Franek, Kaja, Ola i Daniel. Co roku, jak były tam Dni Otwarte, brałam „Plamę” i jeździliśmy tam na ich pokazy. I Dorota Segda, rektor Akademii Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego w Krakowie powiedziała któregoś razu: „Nie, no chyba, my egzaminy przeniesiemy do Suwałk”.

fot. archiwum prywatne















